Glenmorangie Harrison Ford to whisky zaprezentowana w maju 2026 roku. Jest to limitowana, jednorazowa edycja, która powstała we współpracy z jedną z największych legend światowego kina.

Ed Thom, menadżer destylarni Glenmorangie, tak podsumował tę whisky: „Jest niesamowicie gładka, ale ma w sobie mały pazur – zupełnie jak sam Harrison”. Z kolei Ford, z właściwym sobie humorem, stwierdził: „Wytwarzanie whisky zostawię wam, a sam zajmę się aktorstwem”, jednocześnie dodając: „Mam ogromny szacunek dla pracy, którą wykonują ci ludzie. Byłem dumny, mogąc znaleźć się wśród nich”. Dr Bill Lumsden dążył do stworzenia kompozycji, która będzie po prostu „timeless” – ponadczasowa.

Destylaty użyte do stworzenia tej edycji najpierw dojrzewały w beczkach po bourbonie, a następnie finiszowały w mocno wypalonych beczkach po portugalskim czerwonym winie. Jest to whisky bez deklaracji wieku oraz bez podania czasu finiszowania. Została zabutelkowana z mocą 46,5% alkoholu, czyli dokładnie taką, jaka ostatnio bardzo mi odpowiada.

Współpraca Harrisona Forda z destylarnią Glenmorangie rozpoczęła się w styczniu 2025 roku. Aktor został wówczas gwiazdą kampanii reklamowej „Once Upon a Time In Scotland”. Promował także świetne wydanie z 2025 roku – Glenmorangie 25 Years The Altus, whisky naprawdę bardzo dobrą. Współpraca znanego aktora z producentem szkockiej whisky nie jest oczywiście nowością. Przykładem może być destylarnia Lagavulin, która od kilku lat współpracuje z Nickiem Offermanem, czy inna legenda z wyspy Islay – Laphroaig, współpracująca z Willem Dafoe.

Glenmorangie jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych szkockich whisky single malt na świecie. Ze sprzedażą w ostatnich latach na poziomie 8,3 mln butelek rocznie znalazła się na czwartym miejscu wśród najlepiej sprzedających się single maltów. Już tylko około 2 mln butelek dzieli ją od legendarnego Macallana. Co prawda dwie pierwsze destylarnie nie są jeszcze zagrożone, ponieważ Glenfiddich i Glenlivet sprzedają rocznie po około 20 mln butelek, ale to właśnie Glenmorangie najbardziej zwiększyła w ostatnich latach swoją sprzedaż. Jako jedyna z całej czwórki zbliża się również do granic swoich możliwości produkcyjnych, które wynoszą 7,1 mln litrów destylatu rocznie.

Fenomen jej popularności opiera się na produkcji whisky delikatnej, łatwo pijalnej i przystępnej smakowo dla początkujących i średniozaawansowanych smakoszy „szkockiej”. Destylarnia posiada także bardzo dobry marketing, jej whisky jest w miarę przystępna cenowo i bardzo szeroko dostępna. Glenmorangie była jedną z pionierek dodatkowego finiszowania whisky w ciekawych beczkach, a nasza dzisiejsza bohaterka jest tego kolejnym przykładem. Zdecydowana większość wydawanych edycji swoje pierwsze lata spędzała w beczkach po bourbonie, a na ostatni okres była przelewana do beczek po najróżniejszych winach.

Swoją przygodę ze światem whisky zaczynałam między innymi od Glenmorangie. Takie edycje jak Lasanta, Quinta Ruban czy Nectar d’Or bardzo skutecznie wprowadziły mnie w świat whisky single malt. Ale najbardziej w pamięci zapadło mi pierwsze spotkanie z Glenmorangie Signet – whisky, która mnie zachwyciła i przez kilka lat pozostawała moją ulubioną pozycją.

A teraz czas sprawdzić, co kryje się w butelce Glenmorangie Harrison Ford.
Glenmorangie Harrison Ford
Nota
– moc 46,5% alc./vol
– region Highland
– wiek NAS
– beczka po Burbonie i portugalskim czerwonym winie
– nie filtrowana na zimno
– nie podano informacji o barwieniu karmelem
Oko – Butelka Glenmorangie Harrison Ford utrzymana została w charakterystycznym dla destylarni, eleganckim stylu, choć tym razem pojawia się na niej oczywiście nazwisko słynnego aktora. Sama whisky ma piękny, intensywny kolor – złocisty z wyraźnie pomarańczowym, bursztynowym odcieniem. W kieliszku prezentuje się bardzo efektownie i już sam jej kolor sugeruje, że mamy do czynienia z whisky, która miała kontakt z beczkami innymi niż wyłącznie bourbonowe.
Zapach – W aromacie od pierwszej chwili pojawiają się cytrusy. Wyraźnie czuję pomarańczę, skórkę pomarańczową i grejpfruta, ale jest tu również coś słodszego – pomarańczowa marmolada i odrobina wanilii. W tle pojawiają się delikatne nuty kwiatowe oraz lekko woskowy akcent. Całość jest świeża, elegancka i bardzo charakterystyczna dla Glenmorangie, choć zdecydowanie bardziej wyrazista niż w przypadku podstawowych edycji destylarni.
Smak – W smaku whisky jest zaskakująco żywa. Na pierwszym planie ponownie pojawiają się cytrusy – pomarańcza, grejpfrut i cytryna – ale tym razem dochodzi do nich wyraźniejsza goryczka skórki cytrusowej. Jest też suszona morela, delikatne nuty maślane i lekka słodycz. Tekstura jest kremowa, ale whisky rzeczywiście ma w sobie ten obiecany przez twórców „pazur”. Po chwili pojawia się lekko mentolowa świeżość, nuty aromatyzowanej herbaty oraz delikatny akcent orzechowy. W tle coraz wyraźniej zaznacza się wpływ beczek po czerwonym winie.
Finisz – Finisz jest średnio długi, z wyraźną cytrusową goryczką. Zostają przede wszystkim olejek pomarańczowy, lekko wysuszająca dębowa tanina i delikatna nuta skóry. Na końcu pojawia się również lekkie szczypanie alkoholu, taki przyjemny, delikatny „prąd”, który dodaje whisky charakteru i sprawia, że finisz nie jest przesadnie łagodny.
Moja ocena – 5,5/10
Glenmorangie Harrison Ford okazała się dla mnie whisky zdecydowanie bardziej interesującą, niż sugerowałby jej bardzo łagodny i przyjemny aromat. Nos jest cytrusowy, lekko cukierkowy i kwiatowy, przez co można spodziewać się raczej kolejnej lekkiej i słodkiej Glenmorangie. Tymczasem w smaku pojawiają się nuty orzechowe, aromatyzowana herbata, cytrusy i delikatna mentolowa świeżość, a całość nabiera zdecydowanie więcej charakteru. Nie jest to whisky wybitna, ale ma w sobie coś, co przyciąga i sprawia, że z przyjemnością sięgałam po kolejny łyk. Jest dobrze – i chyba właśnie ta niepozorna różnica pomiędzy tym, co obiecuje aromat, a tym, co dostajemy w smaku, podoba mi się w niej najbardziej.
Cena 360,00 – 430,00 zł
